Jestem absolwentem ATK w Warszawie (dzisiejszego Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego). Studiowałem na Wydziale Teologicznym, na kierunku o nazwie, która sama w sobie brzmiała jak obietnica przygody: misjologia. Powiało egzotyką - i to całkiem przyjemnie.
Prawda jest taka, że pierwotnie marzyłem o religioznawstwie na Uniwersytecie Warszawskim, ale w tamtym czasie taki kierunek po prostu nie istniał. Koleżanka podsunęła więc rozwiązanie zastępcze: ATK - coś w rodzaju hybrydy etnologii i religioznawstwa, tyle że z wyraźnym teologicznym akcentem. Zgodziłem się bez większych oporów.
Uprzedzam od razu: nie jestem księdzem. Choć duchowość zawsze miała dla mnie znaczenie zasadnicze - do tego stopnia, że przez moment całkiem serio rozważałem życie klasztorne. Fascynowało mnie pierwotne chrześcijaństwo i buddyzm zen. Studiowałem pisma Ojców Pustyni i z upodobaniem widziałem siebie oczami wyobraźni jako anachoretę siedzącego w wygrzebanej jamie, karmiącego się ciszą i metafizyką.
Problem polegał na tym, że moja świecka natura zazwyczaj brała górę. Kochałem, słuchałem rock and rolla, żyłem - a to raczej słabo dawało się pogodzić z radykalnym ascetyzmem. W 1991 roku ukończyłem studia jako magister, broniąc pracy zatytułowanej Dialog chrześcijaństwa z hinduizmem. Gdybym wtedy wiedział, jak potoczą się moje dalsze losy, zapewne wybrałbym zupełnie inny kierunek. A jednak nie żałuję - bo paradoksalnie wszystko, czym zajmuję się od tamtej pory, i tak ma w sobie pierwiastek misyjny.
Kolejne lata nie należały do łatwych. Rozmowy Okrągłego Stołu dobiegły końca, a w Polsce zapanował czas dzikiego kapitalizmu, zwany eufemistycznie transformacją ustrojową. Dość szybko dotarło do mnie, że nikt nie czeka na świeckiego misjonarza, który chciałby uczyć angielskiego biedne dzieci w Afryce. Na domiar złego rozstałem się z dziewczyną. Krótko mówiąc: klasyczna załamka.
Uratowała mnie muzyka - moja wierna towarzyszka od zawsze. Zacząłem pracować w niezależnych sklepach muzycznych jako koneser dźwięków podziemnych: dziwnych, zakręconych i niekomercyjnych. A jednak nawet wtedy niepokój i niedosyt nie dawały mi spokoju. W 1997 roku, snując się bez wyraźnego celu ulicami miasta, zapukałem do wrót Teatru Narodowego. I wtedy wszystko się zmieniło.
Moja praca w teatrze - w charakterze pracownika administracji - z zewnątrz mogłaby uchodzić za mało atrakcyjną i zupełnie niekreatywną. Dla mnie jednak atmosfera miejsca, w którym nieustannie kipi energia twórcza, okazała się dokładnie tym, czego brakowało mi wcześniej. Teatr uruchomił we mnie nieznane pokłady kreatywności i otworzył przestrzeń do realizacji własnych pomysłów artystycznych.
Tak narodziła się we mnie idea festiwalu Spotkania Teatralne Innowica, organizowanego od 2008 roku we wsi Nowica w Beskidzie Niskim, we współpracy ze Stowarzyszeniem Przyjaciół Nowicy. W 2015 roku powstał kolejny projekt - Nowica Drugie Otwarcie, o charakterze edukacyjno-artystycznym. W 2020 roku dołączyła Kultura na gościńcu, w ramach której po raz pierwszy spróbowałem swoich sił jako twórca i reżyser. Tak powstał spektakl Na innej ziemi tej samej (stypendium MKiDN 2020). A w 2025 zrealizowałem projekt ... Którędy pójdą dzicy święci. Hommage a Józef "Prorok" Pyrz, którego efektem był spektakl pod tym samym tytułem w reżyserii Doroty Porowskiej.
Po drodze współtworzyÅ‚em również kilka edycji MiÄ™dzynarodowego Festiwalu Jazzowego Jazz Bez oraz MiÄ™dzynarodowe Warsztaty Ikonopisów — bo, jak widać, duchowość i sztuka najwyraźniej nie zamierzajÄ… mnie opuÅ›cić.
Plany na przyszłość?
„Navigare necesse est, vivere non est necesse”.
Å»eglowanie jest koniecznoÅ›ciÄ…. Å»ycie — niekoniecznie.


